Posts Tagged ‘rumunia’

Bomba w plecaku

28 sierpnia 2007

Anegdota 2. Dlaczego nie wstawiam zdjec? Bo pogranicznicy wegierscy potraktowali „komin” od mojego plecaka jak bombe i wyniesli go z przedzialu, zanim sie zdazylem zorientowac. Bomba skladala sie m.in. z aparatu.

(Don’t leave your luggage unattended etc. Wlasnie dzwonie po ambasadach).

Reklamy

Bareja po rumuńsku

27 sierpnia 2007

Wróciły polskie znaczki, wróciło normalne, zachmurzone niebo i chłodek :]

Anegdotka 1. Bucuresti Nord, sambata wieczór, jadący w tempie osobowego Inter City z Konstancy spóźnia się 50 minut, nikt nie informuje o niczym pasażerów, znaczy norma. Północ. Biegnę do kasy międzynarodowej. Okienko otwarte, światełko zapalone, ale paniusa jakaś odległa. „Krakowia tiket ys not pasibel kam et morning” wykrzykuje znudzona zza biurka.

Znajduję kącik na noc. Po przeczytaniu po raz wtóry Prawieku i obejrzeniu nocnego spektaklu pt. straszenie śpiących bezdomnych sykiem gaśnicy i waleniem w garnek – wracam do okienka. Piąta. Paniusia niespiesznie budzi swoje królestwo. Rozsuwa żaluzje, rozgrzewa wiekowy kompjuter, kartkuje papiery i 4 razy zmienia okulary.

Pytam o bilet. Pociąg jedzie raz dziennie o 6:08, czyli za godzinę, czyli nie wiem, czy są jeszcze miejsca, bo jak nie, to jestem dzień w tzw. dupie. „Dżast e sekond”, ponownie zmienia okulary i sięga po słuchawkę. Wystukuje numer, coś mamrocze, że zajęty, i przenosi spojrzenie na kolejną osobę w kolejce.

Poirytowany pytam, co z moim biletem. Odpowiada pobłażliwym spojrzeniem i wyciąga spod klawiatury zafoliowaną kartkę z nagryzmolonym po rumuńsku akapitem, dostrzegam groźnie podkreślone godziny 9-23. I na wypadek, gdyby polaczek nie znał pięknej limba romana, z rozbrajającą szczerością wyjaśnia: „Et dys auer de kompjuter ys not uorking”. Więc żeby o 5:15 sprzedać mi bilet ze stolicy tego niezwykłego kraju, musi naturalnie zadzwonić do centrali i dowiedzieć się, czy są jeszcze wolne miejsca na przejazd. Nasze serwery przecież jeszcze śpią, panie turysta, dżast e sekond, słuchawka, zajęte – i tak przez kwadrans z górką.

W końcu udaje jej się dodzwonić. Wyraźnie zadowolona wychyla pulchny ryjek i na całe gardło wykrzykuje nowinę do stojących w kolejce: czy ktoś jeszcze wybiera się za pół godziny do Krakowa lub Pragi, bo ma rezerwację na linii, mili państwo, taka szansa może się już dzisiaj nie powtórzyć…

Pomijam drugą paniusię, która na wszystkich nawrzeszczała, bo przecież jest blady świt, niedziela, i dlaczego nikt nie rozumie, jak mówi po engleze, ile kosztuje ta pieprzona miejscówka.

Krowa w morzu

25 sierpnia 2007

Delta Dunaju

Na plazy w Sulinie krowy dochodza nad morze. Te blade jak piasek klada sie w sloncu. Czarna staje w plytkiej wodzie i dlugo patrzy przed siebie.

W “centrum”, przy zakurzonej drodze stoi niewielka, stuletnia latarnia morska. Teraz jest 2 km od brzegu Czarnego – dzieki rzece Rumunii co roku przybywa pare hektarow.

Po sniadaniu robie najglupsza rzecz w ciagu calego wyjazdu – ide na caly dzien nad wode. Wieczorem nie jestem w stanie nalozyc koszulki. Wygladam jak pomidor.

Pieski ujadaja cala noc.

Ten meczet nie jest na niby

Bus do Konstancy wspina sie wsrod winnic i stacza z zoltych, wypalonych sloncem pagorkow. Na B-dul Tomis szukam hotelu. Zaczepia mnie facet ciagnacy za soba dziecko. Pyta czy mi sie Rumunia podoba i przy okazji pare razy dotyka nogawek spodni (moich). “Orydzinal?”. Nie wiem, czy orydzinal, wiec na wszelki wypadek odpowiadam, ze nie. Krzywi sie, chyba go rozczarowalem.

W ogole duzo tutaj poklepywania i takich “rodzinnych” serdecznosci, do ktorych trudno mi przywyknac.

Hotel jest podly, ale tani. Odklejam plecak i wale sie na lozko. Nagle slysze zza okna wolanie, spiewne zawodzenie. Po drugiej stronie deptaku sterczy niewielki minaret.

Dawne greckie polis. Rzadkie, pokruszone kolumny, olbrzymie, rude amfory przy B-dul Ferdinand i niedbale rozrzucone po parku, biale kamienie z greckimi inskrypcjami. Wschod przypomina o sobie dwoma meczetami i szpiczastymi zwienczeniami niektorych okiennic i portali. Nie uwolnie sie od kontrastow – na Piata Ovidiu z jednej strony luksusowy hotel, z drugiej rozsypujaca sie kamienica bez okien i dachu. Nad brzegiem wspaniale, biale, secesyjne kasyno.

Nadbrzeze jak w pocztowce. Biale, oslepiajace, z mrowiem opalajacych sie i kapiacych ludzi. Port i stocznia sa olbrzymie. Wieczorem Konstanca wypuszcza w morze kilkanascie statkow. Rozmazane, stoja nieruchomo na horyzoncie.

To dobre miejsce, zeby zatrzymac sie na gara i zapytac o pociag do Krakowa.

Bucuresti, +40

21 sierpnia 2007

„Paryz Wschodu” rozpada sie i smierdzi. Luszcza sie fasady nad zatrzasnietymi lata temu dzwiami do sklepikow. Wisza brudne, zapomniane, kinowe neony. Zadbane, rude koty wygrzewaja sie na kraweznikach. Ze sznurka na pietrze wesolo machaja blekitne majtki. W glebi pokoju, przez pekniety, drewniany strop przeswituje niebo.

Slepne od upalu. Znalazlem kilka malych, ciemnych i dusznych cerkwi, wcisnietych miedzy bloczyska. Jakby o nich zapomnieli. Chociaz w niektorych kolejki do swietych obrazkow i swieczek zapalanych dla „morti” i „vii”. W sasiedztwie ruszyl remont starowki – nawierzchnia zniknela, drewnianym mostkiem przechodze nad rozkopami, pyl na sandalach i w ustach. Wokol huk maszyn i nawolywania budowlancow. W tle bogato zdobione kopuly muzeow i wielopietrowe, szklane wieze bankow.

W efektownym, krytym pasazu, przy zastawionym lodami stoliku postawna Turczynka karmi piersia niemowle.

Palac Parlamentu (do niedawna Ludu) wielki i obcy, tak rozlegly, ze trudno go skadrowac. Zeby go postawic i poprowadzic do niego bukaresztanskie Champs-Élysées (nb. dluzsze od oryginalu o cale 6 metrow), Ceauşescu obrocil w pyl 1/5 starego miasta. W tym kilkusetletnie swiatynie. Niektore milosciwie kazal przeniesc w inne miejce. Szumia dziesiatki fontann.

Zebracy sprzedaja zbawienie na kazdym rogu. Niektorzy niesmialo wyciagaja reke z kata w przejsciu do metra, inni odwaznie wbiegaja na skrzyzowania i przyklejaja sie do samochodow. Na Alei Zwyciestwa, przy rozwalonej daczii kwateruje beznogi brodacz. Wbija czarne oczy w przechodniow i wygraza paluchem, zlorzeczy za tymi, ktorzy przeszli obojetnie. Przy bramce do jednej z zatloczonych cerkwi plejada lokatorow ulicy. Sa protezy i powykrecane choroba konczyny, sa tandente dewocjonalia i ciche, zgarbione babulenki siedzace na schodkach z wyschnietymi od slonca bukiecikami drobnych, bialych kwiatkow.

Nad ulicami eksplozje klaksonow, kierowcy jezdza jak szalency. Po dwoch godzinach krazenia znalazlem malenki autogara z busem do Tulczy. Jesli jutro po poludniu zalapie sie na prom do Suliny albo Sfantu Gheorghe, to wieczorem powinienem stac na piasku obok wpadajacego do morza Dunaju.

Wieczorem ide z jakims Niemcem po piwo do sklepiku. Przy otwieraniu lodowki uchwyt zostaje mu w reku. Ekspedientka smutno sie usmiecha i wydaje nam reszte.

(Zdjecia dokleje pozniej, bo moj canon nie dogaduje sie lokalnymi komputerami).

Duminica

19 sierpnia 2007

Ostatni wieczor w Braszowie. Moja ulubiona kelnerka pizzerii Roma dzis w cywilu, siedzi z kolegami i z czegos sie zasmiewaja. Mniej wiecej co kwadrans z otwartego okienka nad ogrodkiem rozlega sie potepiencze wycie jakiejs staruchy. Chwile po nim miedzy stolikami przebiegaja truchtem wyrosniety bokser, miniaturowy kundelek i podrabiany huskie. I tak w kolko.

Kiedys tu wroce.

Turnul Negru

18 sierpnia 2007

Jeszcze w Budzie

W budzianskiej lazni Rudas zegar zatrzymal sie przed II wojna. Obsluga sklada sie z dwoch wasatych krasnali w bialych kitlach. Pierwszy jest mily i pokazuje droge do szatni, drugi jest mrukliwy i otwiera szafke na ciuchy. Kluczyki ma zawsze przy sobie, za co trzeba mu rzucic 100 forintow przy wyjsciu.

Basen to zabytek, od sklepienia i galerii, przez prysznice, po ludzi, ktorzy tam przychodza. Przesuwalem sie niesmiala zabka wsrod 80-letnich staruszkow. Garbata babunia wyrznela we mnie lokciem, kiedy niechcacy wplynalem na jej niewidzialny tor plywacki. W saunie pachnialo mieta.

Po poludniu wyjezdzam z Budy. I na dworcu Neplihet niemila niespodzianka: kasjerka probuje ukrasc mi 20 euro. Jej sposob na kieszonkowe: sprzedac bilet, ktory mozna kupic wylacznie u kierowcy, a kiedy spocony turysta 5 minut przed odjazdem przybiegnie z awantura, powiedziec, ze moze zwrocic tylko polowe forsy. Wsciekly zrzucam plecak i probuje to wyjasnic – dziewczyna „dzwoni” do swojego przelozonego, kaze czekac, jedyny autobus do Braszowa w tygodniu odjezdza. Z pomoca innej kasjerki udaje mi sie odzyskac cala kwote.

Jade do Kluzu. Bus – pelny, kierowca robi grozne miny, ale z pomoca rumunskiego studenctwa wracajacego z jakiegos festiwalu udaje mi sie wsiasc. Na tylnym siedzeniu niesamowicie wystrojona Romka. Dzieciaki sa przemile, dowiaduje sie ze jestem oczywiscie w lepszej cz. Rumunii, a ludzie ze stolicy i poludniowo-wschodniego regionu sa inni i trudno sie z nimi dogadac. Dostaje wizytowke, mamy sie spotkac nazajutrz. W hostelu zonk: nie ma miejsc. Ide do polecanego przez przewodnik Continentala – opuszczony, pijana czterdziecha ze schodkow zaprasza do siebie. Biore taksowke, jezdzimy po calym miescie z wytatulowanym chlopakiem, ktory szczerzy sie, wspominajac niedawne zwyciestwo Stiely nad Zaglebiem. W koncu k. drugiej znajduje smutny i drogi pokoj w hotelu na uboczu.

Kluz-Napoca

Wyglada na to ze w Rumunii obowiazkowo nosi sie dzieci na rekach, dopoki nie pojda do przedszkola. Wszyscy jedza pizze, a zawijane placki z fastfoodow smakuja jak z restauracji. Szukajac cepelii wypatruje kilka starych kobiet w chustach i facetow w kapeluszach, co pewien czas mijam Romow, ktorzy nie chca mi powrozyc. Wokol ten spiewny ni to hiszpanski, ni to wloski, rozumiem pojedyncze slowa. Wszedzie papierosy, lokalsi pala je nawet na stacjach benzynowych. Sporo kundli, sex shopy, kafejki z przetpotopowymi komputerami, na do drugim rogu szulernie. W kosciele kobiety w chustach wycalowuja swiete i mocno pozlacane obrazki. Na tylach gmachu, na trawniku spia bezdomni.

Brasov, sambata

Wizytowke niestety gubie. Pozytek z tego taki, ze nazajutrz udaje mi sie wstac z kurami o piatej na busa do Brasova. Kierowca w typie Hlaski, ma na policzku brzydka blizne, duzo gestykuluje i serdecznie sie smieje. Pierwszy rzad od razu zaczyna z nim gadac, po drodze dosiadaja sie kolejni pasazerowie, w tym chuda jak patyk, energiczna kobitka (z troche mniejsza blizna) i flegmatyczna staruszka we wzorzystym kapeluszu. Prawie udaje mi sie zrozumiec jeden dowcip :] Torby siegaja kierowcy do ramienia.

Przytulony do zalesionej sciany Karpat. Niemcy nazywaja go Miastem na Wschodzie. Wg „Bezdrozy” to najdalej w strone Orientu wysuniety bastion lacinski. Ciasne uliczki wspinaja sie stromo w gore, nad dachami stercza biale baszty (turnul), w tle gesto zalesione zbocza. Wszedzie pyl, co krok pracujace w upale ekipy budowlancow. W Czarnym Kosciele przez balustrady przewieszone kilkusetletnie dywany z Turcji.

Ze szczytu sterczacej cwierc kilometra nad miastem Tampy widok jak na makiete. Brama (Poarta) Shei wyraznie dzieli stary Brasov na uporzadkowane w kwartaly, saksonskie centrum, i kompletnie zabalaganiona dzielnice pod lasem. Obok odrestaurowanych fortyfikacji korty.

Spotkany na tarasie Hiszpan (informatyk-motocyklista) przekonuje do Turkow w Unii. I opowiada o opuszczonym, ormianskim miescie Ani, gdzie wsrod ruin rozsypuja sie ostatnie trzy koscioly.


%d blogerów lubi to: